Śmieciowe jedzenie w szkołach - czy da się to zmienić?

Fot. Shutterstock
Od pierwszego września szkolne stołówki i sklepiki czeka niemała rewolucja. Z ich menu zniknie tak zwane “śmieciowe jedzenie” i pojawi się jego zdrowsza alternatywa. Sklepikarze patrzą na zmiany z przerażeniem, ale czy wszyscy powinniśmy się ich bać? Co tak naprawdę zmieni się w szkołach z początkiem jesieni i czy rewolucja ta przyniesie zamierzone efekty?

Co się zmienia, co zostaje?
Znowelizowana ustawa o bezpieczeństwie żywności i żywienia nazywana potocznie „ustawą o zakazie sprzedaży śmieciowego jedzenia” wchodzi w życie w raz z początkiem nadchodzącego roku szkolnego. Zakłada ona, że na terenie szkół, przedszkoli i placówek oświatowych nie będzie można sprzedawać ani reklamować niektórych produktów spożywczych. Ustawa nie definiuje oczywiście czym jest „śmieciowe jedzenie”, a jedynie mówi o tym, jakie warunki spełnić musi dany produkt, by mógł być sprzedawany w szkolnym sklepiku. Do parametrów, na które przepisy zwracają szczególną uwagę należą m.in. zawartość tłuszczu, cukru i soli.


Dodatkowe normy spełniać muszą także stołówkowe posiłki, od których wymaga się, by były zbilansowane, odżywcze i ubogie w tłuszcz czy kalorie. W praktyce zmiany oznaczają, że ze szkół znikną frytki, hamburgery, batony, słodzone napoje i słone przekąski. Ale im bardziej zagłębimy się jednak w szczegóły, tym więcej wątpliwości się pojawia. Czy, na przykład niskotłuszczowa szynka z konserwy będzie wedle tych przepisów zdrowsza, niż jej wiejski odpowiednik, który zawiera trochę tłuszczyku? Wiele tego rodzaju paradoksów trzeba będzie pewnie jeszcze przed wrześniem rozwiązać.

Nowe przepisy nie oznaczają jednak, wbrew temu, co sądzą jej przeciwnicy, że od września policja będzie przetrząsała tornistry gimnazjalistów szmuglujących do szkoły chipsy. Słodycze nie zejdą do podziemia, a nastoletni dilerzy nie będą na każdym rogu ulicy kusić naszych dzieci białą śmiercią, dawniej nazywaną cukrem. Ustawa nie wprowadza też obowiązku karmienia dzieci na stołówkach kiełkami i niegazowaną wodą. Lista dopuszczonych w sklepikach i stołówkach produktów jest całkiem obszerna, a regulować ją będzie rozporządzenie ministra zdrowia. Z projektem rozporządzenia można zapoznać się m.in. na stronie internetowej Rządowego Centrum Legislacji.

Otyłość jest równie groźna co palenie
Owszem, polska złota młodzież szybko wymyśli sposób na to, by chipsy, colę i batony kupować przed/po w trakcie zajęć szkolnych. Nikt o zdrowych zmysłach chyba nie oczekuje, że nastolatki z dnia na dzień przestaną napychać się cukrem i tłuszczem tylko dlatego, że znikną one ze szkolnego sklepiku. Ale też nikt o zdrowych zmysłach nie zaproponuje by wstawiać do szkół automaty z papierosami bo przecież pan Zdzisław w kiosku i tak sprzedaje je trzynastolatkom. Przesadzona metafora? Niekoniecznie.

Według danych WHO najwięcej ludzi na świecie umiera dziś na choroby układu krążenia (spowodowanych w pierwszej otyłością oraz paleniem tytoniu). Ilość zgonów, które powodują schorzenia serca znacząco wyprzedza ilość zgonów powodowanych przez HIV i AIDS i prawie zrównuje się z liczbą zgonów powodowanych przez choroby odtytoniowe.

„Wszyscy zgadzają się ze sobą…”
Rzecz jasna, mógłbym poświęcić jeszcze kilka stron na przytaczanie wam najróżniejszych danych dotyczących otyłości, chorób, które powoduje, ale wywoływanie u ludzi sennych koszmarów nie jest moim hobby. Próbuje zwrócić waszą uwagę na bardzo konkretny i trudny do rozwiązania problem.

Mówiąc wprost - jemy coraz więcej, coraz gorszego jakościowo jedzenia, w którym coraz więcej jest cukru, tłuszczy i soli. Mimo, że wszyscy doskonale zdajemy sobie z ze szkodliwości takiej diety to otyłych ludzi wciąż przybywa, a ilość nastolatków w rozmiarze 2 XXL skłania to do tego, by bić na alarm. W dużym stopniuj sytuacji tej winne są także szkolne sklepiki i stołówki. Choć, należy pamiętać, że pojęcie “stołówki” jest tu nieco na wyrost, bo często miejsce to jest po prostu okienkiem z hot-dogami. Fakt, że szkoła stołówkę posiada, wcale nie oznacza, że serwowane na niej jedzenie jest szczególnie lepsze niż bułka z parówką nie wiadomego pochodzenia.

Spójrzmy prawdzie w oczy – osoby pracujące w takich miejscach to nie szefowie kuchni z najlepszych restauracji. To ludzie często przygotowywani do zawodu jeszcze w poprzednim ustroju, czasem nawet bez większego zawodowego doświadczenia. Nic dziwnego, że pojęcie zbilansowanego posiłku i dietetyka są im obce. Przez lata ich zadaniem było gotować dużo, w miarę szybko i przede wszystkim tanio. Jedno, żelazne menu rotowało latami, strasząc panierowanym, smażonym w głębokim tłuszczu mintajem, naleśnikami z serem i ociekającymi olejem mielonymi. Uczniowie zamiast obiadu na stołówce wybierali paczkę chipsów i hamburgera z fastfoodu.

Przez lata nikt nie widział potrzeby zmiany tej sytuacji i obawiam się, że ustawy czy rozporządzenia niewiele tu pomogą.

„…A będzie nadal tak, jak jest”
Oczywiście, nowe przepisy zakładają potrzebę szkolenia stołówkowego personelu, a także edukację dzieci i rodziców. Życiowe doświadczenie nakazuje mi jednak podchodzić do takich pomysłów z rezerwą. Jeśli już szkoła decyduje się na to, by poprawić jakość swojego żywienia przez edukację personelu, może to zrobić na dwa sposoby. W wariancie optymistycznym, szkołę odwiedza ktoś taki, jak chociażby Grzegorz Łaponowski, kucharz, wielki pasjonat gotowania i pomysłodawca akcji Szkoła na Widelcu. Taka osoba przychodzi na kilka godzin, starannie przygotowuje przykładowe menu, z pasją opowiada o nim pracownikom stołówki, uczniom, być może też rodzicom.

Wszyscy chłoną wiedzę, smakują dobre potrawy i zgadzają się, że zdrowe gotowanie jest nie tylko potrzebne, ale też smaczne. Potem kucharz odchodzi, stołówka zostaje z przykładowym menu i zaczynają się problemy – co gotować? Gdzie kupić składniki? Jak to przyrządzić? Takie sytuacje znam niestety, z własnego doświadczenia. Przez kilka godzin można się wiele nauczyć, ale to za mało, by całkowicie zmienić utarte nawyki żywieniowe, niezależnie, czy takie warsztaty prowadzi Grzegorz Łapanowski, Agnieszka Kręglicka, Jakub Kuroń czy jakikolwiek inny kucharz.

Wizyta gospodarska znanego szefa kuchni to oczywiście scenariusz bardziej optymistyczny. W tym mniej optymistycznym, na spotkanie z młodzieżą przychodzi technik żywienia i opowiada licealistom o uwodornionych tłuszczach, kwasach nasyconych i polisacharydach. Dzieciaki, o ile nie przysypiają, odpisują w tym czasie zadanie domowe. Pani nauczycielka przytakuje, bo z technicznego żargonu rozumie równie niewiele, co jej podopieczni, ale szkoła zorganizowała spotkanie, więc trzeba z niego skorzystać.

Co należałoby zrobić?
Wzorem chociażby Stanów Zjednoczonych, w szkołach powinny zagościć przedmioty związane bezpośrednio z nauką podstawowych życiowych umiejętności - lekcje gotowania, radzenia sobie z domowymi obowiązkami. Zmianę stołówkowego menu warto pozostawić tym, którym na takiej zmianie realnie zależy – rodzicom skupionym w szkolnym samorządzie, organizacjom, które na co dzień zajmują się promowaniem zdrowej kuchni.

Już dziś powstaje coraz więcej slow foodowych stołówek czy sklepików, którymi zarządzają pasjonaci gotowania, zakręceni na punkcie zdrowego jedzenia rodzice, czy po prostu ludzie, którzy zwyczajnie mieli już dość tłustych sznycli podawanych na zmianę z ociekającymi olejem naleśnikami. To grupa osób, która miałaby realny wpływ na to, czym karmi się szkolną młodzież. Od nich zależeć by mogło, czy w szkolnym jadłospisie zagoszczą świeże warzywa, sezonowe owoce, urozmaicone posiłki.

Zanim zakrzykniecie w stronę monitora: „Hola, panie Kuroń! Chcesz pan takimi frykasami dzieci karmić, to sam sobie za nie zapłać!” pragnę przypomnieć, że chociażby zmiana nieśmiertelnego mintaja na dowolną inną rybę wcale nie wiąże się ze szczególnymi kosztami. Zastąpienie barszczu, chłodnikiem z botwinki również nie jest kosztowną operacją. Jeśli już, to na wyeliminowaniu zasmażki, zup z torebki i hektolitrów oleju, szkoły mogłyby co najwyżej zaoszczędzić. Ważnie jednak, by ci, którzy pracują w szkolnych stołówkach mieli tego świadomość.

Zmiana asortymentu sklepików i stołówek to krok w dobrym kierunku. Na niewiele się jednak zda, jeśli młodzież pozbawiona automatu z colą na szkolnym korytarzu, wróci do domu i wraz z rodziną zacznie napychać się smażonym kurczakiem ze znanej sieci fastfoodów, popijając wszystko litrową colą i poprawiając paczką chipsów. Dopóki, zmianom prawa nie będzie towarzyszyła lepsza edukacja, zarówno młodzieży szkolnej jaki rodziców, dopóty w walce z otyłością i chorobami cywilizacyjnymi skazani będziemy na porażkę.
Trwa ładowanie komentarzy...