O autorze
Kuchnia to mój napęd - eksperymentuję, gotuję i szkolę. Jeżdżę po Polsce poszukując unikalnych smaków, odwiedzając lokalnych małych producentów. Zawodowo jestem Szefem Kuchni Biesiady z Kuroniem Catering i Fundacji Kuroniówka. Na moim blogu królować będzie szeroko pojęta tematyka żywieniowa i wszystko, co z nią związane. Moim mottem jest "Nie ma prostszego sposobu na poprawienie standardów swojego życia niż nauka gotowania".

Polak Polakowi wilkiem - dlaczego nie potrafimy ufać swoim sąsiadom?

Jako społeczeństwo mamy zarówno środki finansowe, jak i mechanizmy do tego, by skutecznie pomagać potrzebującym. Przeszkodą w skutecznej pomocy są przede wszystkim niedostatki społecznego zaufania.

Podobnie jak mój dziadek i tata, jestem od wielu lat zaangażowany w działalność na rzecz potrzebujących i ubogich. Współpracowałem z wieloma organizacjami pozarządowymi, których celem jest pomoc takim osobom. Tu warto wspomnieć chociażby o Bankach Żywności, Fundacji Jeden Drugiemu, czy Monarze). Dziś sam tworzę jedną z nich - Fundację Kuroniówka. Z racji mojej zawodowej profesji i nazwiska, często wypowiadam się także publicznie na tematy związane z problematyką marnotrawienia żywności. Zresztą, bycie członkiem rodziny Kuroniów w dużej mierze do tego zobowiązuje. Choć, nie mam wątpliwości, że do osiągnięć mojego ojca czy dziadka mam jeszcze daleką drogę.



Niedawno, jedna z większych stacji telewizyjnych poprosiła mnie o komentarz w materiale dotyczącym pomysłu mieszkańców Szczecina na to, by pomagając osobom potrzebującym, jednocześnie przeciwdziałać marnowaniu jedzenia. Postanowiłem bliżej przyjrzeć tej inicjatywie, a przy okazji napisać też krótki tekst o tym, jak z problemem dystrybucji żywności radzą sobie inne kraje świata. W sposobach tych nie ma bowiem nic szczególnie zaskakującego, a mimo to, o ich skuteczności rozwodzi się prasa i Internet. Wystarczyło jednak kilka rozmów ze znajomymi i szybka lektura komentarzy internautów, bym nabrał pewności, że podobnych pomysłów nie ma sensu przenosić na rodzimy grunt. Jak zwykle problemem okazała się nasza mentalność.

Sposób 1: Stacje z jedzeniem
W Szczecinie, wyrzucanym na śmietnik jedzeniem zajęli się twórcy bloga Niemarnuje.blogspot.com, którzy stworzyli „stacje” do oddawania niepotrzebnej żywności. Owe „stacje” to po prostu regały stojące przy osiedlowych kontenerach na śmieci. Każdy może zostawić na nich produkty, których już nie potrzebuje i które w innych okolicznościach by wyrzucił. Muszą jednak nadawać się do zjedzenia – nie mogą być przeterminowane, spleśniałe czy zwyczajnie zepsute. Takie proste regały to chyba najtańszy sposób dystrybucji żywności, od tych, którzy mają jej za dużo, do tych, którzy cierpią z powodu jej braku. Super pomysł, prawda?

Jeśli tak właśnie pomyśleliście, jesteście w błędzie - przynajmniej tak twierdzi Internet. Jedzenie pozostawione na takich "stacjach" rozkradną tygrysy biznesu żyjące z żebractwa, a naprawdę potrzebujący, zanim dotrą do takiego stanowiska, będą musieli obejść się smakiem. Oczywiście, darmowa uczta nie potrwa długo, bo stacje z jedzeniem zamknie sanepid. Tak przynajmniej orzekli w swej mądrości internauci i część osób, z którymi miałem okazję o tym rozmawiać. Szybko porzuciłem więc wizję szczecińskich utopistów i postanowiłem spojrzeć jak z marnowaną żywnością radzą sobie Hiszpanie.

Sposób 2: Lodówka komunalna
Mieszkańcy hiszpańskiego Galdakao, chcąc walczyć z marnowaniem żywności poszli o krok dalej niż szczecinianie. Na środku miasteczka stanęła lodówka, do której każdy może włożyć produkty, których już nie potrzebuje, by w ten sposób podzielić się z nimi z każdym, komu dana rzecz może się przydać. Akcja nie jest skierowana tylko do ubogich, bo z lodówki skorzystać może każdy z mieszkańców. Zasada działania jest prosta – zamiast wyrzucać, lepiej podzielić się z sąsiadem. Taka „komunalna lodówka” nie wymaga wielkiego nakładu sił i środków. Bez problemu mogłaby więc stanąć na każdym osiedlu, także w Polsce. Wyobraźmy sobie niedaleką przyszłość w której od Bałtyku aż po Tatry znaleźć można takie właśnie miejsca z darmową żywnością.

Brzmi dobrze? Może i tak, ale tylko do czasu. Lokalni złomiarze szybko potrafią zwęszyć interes i dokonają przemyślnego skoku na osiedlowy śmietnik. Ich łupem padnie lodówka marki „Predom” oraz klopsiki w sosie koperkowym o czarnorynkowej wartości siedmiu złotych i siedemdziesięciu dwóch groszy. Przestępcy upłynnią towar na pobliskim skupie złomu i z zarobionymi pieniędzmi uciekną przed wymiarem sprawiedliwości do Pcimia. A wszystko to w ciągu dwunastu godzin od postawienia komunalnej lodówki. Wizualizując sobie to wszystko, pomyślałem o zniszczonej społecznej solidarności, której nie uda się już jednak nigdy odbudować i szybko przeniosłem się myślami do Francji.

Sposób 3: Markety w służbie społeczeństwu
Wiosną tego roku, niższa izba francuskiego parlamentu przegłosowała ustawę, wedle której sklepy wielkopowierzchniowe (powyżej 400m2) będą prawnie zobligowane do oddawania wybranym organizacjom pożytku publicznego (NGO) żywności, której nie mogą sprzedać. Brzmi rozsądnie, w końcu to jedzenie i tak trafia na przemiał, za co zapłacić muszą hipermarkety. Ponadto, wkrótce po pojawieniu się w mediach tej informacji, z pomysłem przegłosowania podobnej ustawy w polskim sejmie wyszli (o dziwo!) posłowie Zjednoczonej Prawicy. Byłem już o krok od poparcia tej inicjatywy, ale na szczęście, internauci szybko przywrócili mnie do pionu, komentując pomysł na jednym z portali. W Polsce się nie uda – piszą – bo markety obarczą kosztami niesprzedanej żywności konsumentów. „Lewackie” prawo sprawi, że żywność i tak trafi w ręce marginesu społecznego, mnożąc poziom społecznej patologii. A poza tym, mamy w Polsce ważniejsze zakazy do wprowadzenia, na przykład zakaz In vitro.

Kryzys odszedł, problemy zostały
Do pewnego stopnia rozumiem tę polską nieufność, której korzenie sięgają pewnie jeszcze czasów zaborów. Ja sam dorastałem w latach dziewięćdziesiątych, w czasach gdy Warszawą rządził Wołomin, a tam, gdzie kończyły się Reguły* zaczynał się Pruszków. We wczesnych latach tzw. “transformacji ustrojowej” niemal każdy patrzył podejrzliwie na sąsiada, o obcych już nie wspominając. I były ku temu powody. W tamtym okresie praktycznie każdy miał w rodzinie lub wśród bliskich znajomych kogoś, komu ukradziono samochód, rower lub przynajmniej włamano się do mieszkania. Mnie i moich kolegów okradano kilkukrotnie, często w biały dzień, także w zatłoczonym tramwaju, z użyciem noża. Nikt nie reagował, bo jak dobrze wiemy, tłum jest zawsze anonimowy i zajęty czymś innym. Jeszcze piętnaście lat temu, pod czujnym okiem gapiów można więc było się wzajemnie okradać i oszukiwać, a czasem nawet zabijać.
Od tamtego czasu zmieniło się w Polsce bardzo wiele. Jesteśmy bezpieczniejsi, bogatsi, szczęśliwsi. Mimo, że rozwiązaliśmy przez te lata wiele istotnych problemów, to wciąż równie wiele mamy jeszcze do zrobienia. O pomstę do nieba wołają chociażby statystyki mówiące o niedożywieniu wśród dzieci. Według Fundacji Pomocy Dzieciom "Maciuś", aż 800 tysięcy maluchów w Polsce jest niedożywionych. W europejskich statystykach gorzej wypadają tylko dwa kraje - Rumunia i Bułgaria.

Pieprzenie a polska racja stanu
Czy jestem zadowolony z tego w jaki sposób instytucje państwowe traktują przeciętnego obywatela? Oczywiście, że nie. W kontaktach z obywatelem państwo polskie działa badzo demokratycznie. Każdemu stara się uprzykrzyć życie w podobnym stopniu, traktując go często jak cwaniaczka, czy kombinatora. Każdy, kto miał styczność z Sanepidem wie, że często jego kontrole to droga przez mękę. Niewiele lepiej układa się przeciętnemu Kowalskiemu współpraca z ZUSem, NFZem, czy fiskusem. W tym miejscu warto tylko przypomnieć niesławne rozporządzenie Ministerstwa Finansów, które zabraniało barom mlecznym używania większości przypraw - w tym pieprzu. Na liście zakazanych przypraw, w pierwotnej wersji rozporządzenia, brakowało chyba jedynie soli. Bary, które pozwalały sobie na rozrzutność pieprzenia, miały tracić ministerialne dotacje do posiłków. Napawa mnie przerażeniem myśl o tym, że są w tym kraju ludzie, którzy z własnej woli i całkiem poważnie postanowili pochylić się nad pieprzem dodawanym do rosołu w barze mlecznym. I to w taki sposób, jakby od zakupu tej przyprawy zależeć miała polska racja stanu.

Lepiej nie tolerować niż później żałować?
Warto jednak pamiętać, że politycy, którzy tworzą "mało mądre" prawo i urzędnicy, którzy stoją na jego straży, rekrutują się z tego samego społeczeństwa, z którym przyszło nam żyć. Tak samo jak każdy z nas, z nieufnością i uprzedzeniem patrzą na swoich sąsiadów i, być może czasami mają ku temu powody. Niestety, jako naród lubimy aż nadto komplikować sobie życie poprzez patrzenie wilkiem na wszystko i wszystkich. Ten poziom nieufności wobec drugiego człowieka towarzyszy nam w życiu codziennym, w pracy i podczas wypoczynku. Na nim budujemy relacje międzyludzkie, oraz relacje państwo - obywatel. Z jakiś powodów, dla wielu z nas uprzedzenie i nietolerancja to postawy, które domyślnie przyjmujemy wobec siebie nawzajem. Postawy, które skutecznie chronią nas przed życiem w normalnym społeczeństwie.
Dlatego właśnie gorąco kibicuję pomysłodawcom szczecińskiej akcji. Każde tego typu działanie to krok w kierunku budowy społecznego zaufania, którego tak bardzo nam dziś brakuje. A to właśnie na zaufaniu opierać się musi każdorazowo wszelka działalność na rzecz drugiego człowieka, nie tylko ta związana szeroko pojętą pomocą potrzebującym.

*Miejscowość nieopodal Warszawy, granicząca z Pruszkowem.
Trwa ładowanie komentarzy...